Styl życia

Niektórzy na ich widok myślą, że to szaleńcy. Oni twierdzą, że przy odpowiednim przygotowaniu możliwe jest wszystko2 min czytania

Niektórzy na ich widok myślą, że to szaleńcy. Oni twierdzą, że przy odpowiednim przygotowaniu możliwe jest wszystko

Robert Sarbowski i Krzysztof Kaczmarek i ich przyjaciele Dagmara Rerus, Arkadiusz Mnich i Agnieszka Wałecka wzięli udział w akcji „100 zimnolubnych na górskim szlaku”. Chodziło o to, by jak najwięcej skąpo ubranych osób doszło do Domu Śląskiego. Robert i Krzysztof przyznają, że największym problemem nie była wcale niska temperatura, a silny wiatr, którzy przekraczał czasem nawet 100 km na godzinę. Nie pozwolił im wejść na Śnieżkę, ale cel i tak udało im się osiągnąć.

Do pokonania było około czterech kilometrów. Panowie mieli na sobie buty, czapki, szorty i rękawiczki. – Na parkingu, gdzie przygotowywaliśmy się do wyjścia na szlak, budziliśmy zainteresowanie – śmieje Robert. Opowiada, że wielu pytało, czy nie jest im zimno, a niektórzy robili sobie nawet z nimi zdjęcia. – Negatywnie odbierają nas chyba tylko ci, którzy większość czasu spędzają na kanapie przed telewizorem – zaznacza.

Wspomina, że gdy szli na szczyt, w połowie drogi zacząć wiać silny wiat i padać śnieg. – Płatki uderzające o gołe ciało są jak drobne igiełki. Na swój sposób jest to nawet przyjemne – mówi. Udało im się dojść do Domu Śląskiego, co i tak było rekordem. – Mieliśmy apetyt, by wdrapać się na szczyt. Liczyliśmy, że jak trochę odpoczniemy, to pojawi się na to szansa. Pogoda jednak nie pozwoliła, bo warunki stawały się coraz gorsze – opowiada Sarbowski. Podkreśla, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Dlatego postanowili, już w ubraniach, zejść na dół. – Śnieżka nam nie ucieknie – mówi.

– Nawet bez zdobycia szczytu było niesamowicie. Już dwa dni później mieliśmy ochotę tam wrócić. Niestety sezon na morsowanie się kończy, a mamy różne obowiązki – przyznaje Robert. Cała grupa była dobrze przygotowana do bicia rekordu. Wszyscy na co dzień biegają, należą do klubu i mają dobrą kondycję fizyczną. Są również morsami. – To się zrobiło modne. Trzeba jednak przestawić sobie w głowie to „coś”, przełamać barierę i strach przed zimnem.

Potem trzeba zadbać o przygotowanie fizyczne. Pierwszym krokiem w morsowaniu są kilkuminutowe kąpiele w przeręblu – tłumaczy kargowianin. Dodaje, że następnie, wzorem jego i jego przyjaciół, można ruszyć w góry w … szortach. Co później? Po zejściu na dół grupa śmiałków pojechała jeszcze morsować pod wodospad w Przysiece. Już planują kolejne wyzwania, bo jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych.

Nasi śmiałkowie pod Śnieżką, tuż przed rozpoczęciem bicia rekordu.

Robert Sarbowski nie tylko morsuje, ale również chodzi w szortach po górach.

Zobacz inne

Więcej w Styl życia